Dzień 1.
Wtorek. Napięcie. Podekscytowanie. Czy wszystko spakowałem? Motocykl wytoczony z garażu... Jak rasowa fregata stojąca w porcie. Brakowało tylko mew latających nad domem....
Motocykl zajuczony kuframi. Tylko podnieść maszty... Tylko kilka razy przekopać i zapalić. I zmienić na kilkanaście dni styl życia. Kto nie jeździł gdzieś dalej motocyklem, ten nie wie... Walka z kilometrami się zacznie...
Jeszcze raz przebiegam myślami po motocyklu i bagażach. Wsio? Dobra...
Lecimy... Silnik start... Chmura dymu... Odklejanie sprzęgła.... Jeden...
Zgrzyt... Norma... Lecim... W dzienniku kapitańskim odnotowano wyjście
z portu... Cel - Korbielów Granica ze Słowcją...
Krajowa 945. Do granicy rzut beretem. Cezet idzie. Trochę kołysze, normalka.
W końcu toboły zmieniły charakterystykę prowadzenia sprzętu. Beskid
Żywiecki. Do granicy zakręty i pod górkę. Redukcja trzy... Za mną mgła...
Granica wita mnie...
S Ł O W A C J A
Szengen. Granicy nie ma. Pomyśleć że były czasy że czekało sie tu kilka
godzin!
Namestowo.
Dolny Kubin.
Ruzoberok. Słowackie kilometry uciekają. Słowaccy motocykliści na ścigach
wyprzedzających pozdrawiają. Miło. Fregata w pełnej klasie:
.
Między kuframi a motocyklem widać dwie butelki oliwy:
Góry się skończyły. Nudy zaczęły. Płasko. Wzorowe słowackie PGRy:
Uciekam z E77 na ichnią 75. Czasem muldy. Na wioskach rządzą Skody. Jaw i CZ nie widać. Krajowa 64. Granicę już widać...
Komarno. Tankuje przed miastem. Słowacja zleciała strasznie szybko. Może
temu że się jedzie w dół mapy? ;-) W tm mieście kilka lat temu przekraczałem
granicę na rowerze w drodze do Turcji. Most graniczny stoi jak stał. Tyle
że kontroli granicznej brak.
W Ę G R Y
Krajowa 13stka na Kisiber. Jechałem tędy na rowerze. Ale droga jakaś obca. Nie pamiętam jej. Jedynie kilka punktów. Wyraźnie więcej muld i wężej niż na słowacji. No i pełno ich niezrozumiałego języka.
Błękitne niebo zostało na słowacji. Obrany kierunek południowo-zachodni zbliża mnie w chmury... Co z dzisiejszym noclegiem? Małe wioski. Wypatruje jakiś ludzi. Takich co by mnie przenocowali. Zatrzymuje się na jakiejś wiosce. Zagaduje do dwóch starych dziadków. Nic nie rozumieją. Mówią coś o stacji paliw. Ludzie mi nie trzeba paliwa tylko noclegu w jakimś garażu!
Chmur coraz więcej...
Bocznymi drogami dobijam się do E66. Teraz to już napewno znajdę nocleg! Same pola. O lasach można pomarzyć. Skrzyżowanie z krajową 84. Kawałek dalej droga w prawo na jakąś zapomnianą wioskę. Trzeba tu znależść nocleg. Jak za starych czasów...
Zagaduje jakiegoś chłopaczka. Inglisz. Nie wie gdzie tu można rozbić namiot. Biore go aby tłumaczył, jakieś stare babki siedzą na ławeczkach. NIC. Nikt Cie nie weźmie do ogrodu na noc. A ogródków i sadów pełno! Jeszcze mi mówią że tu nie znajde noclegu. Hotel gdzieś daleko! Olać hotele. Mi trzeba 2 metry kwadratowe!
Jadę kawałek pod wioskę. Spożywczak. Jak w PL. Ludziska popijają browar. inglisz? Dojcz? Jest jeden gość. Przedstawiam sprawe. Gość myśli. Ok. Rozbije sie u niego na ogródku. 2 km. Jadę za jego dostawczakiem... Kto nie znajdzie nocloclegu? JA? JA???
Wioska nieistniejąca na mapie. W deche. Stawiam swoje M2 obok wózka z łańcuchami. Może ten gość to psychopata co łańcuchami w nocy przykuwa ludzi w piwnicy?
Zapowiada się fajnie:
Żona gościa odgrzewa gulasz. Oryginalny Węgierski Gulasz. W dechę!
Żeby było mało. Po gulaszu z gościem siadamy na jego skuter (Burgman 400)
i jedziemy do pobliskiego baru. Ten skuter ma odejście jak ścig chyba ;-)
W barze dwóch gości. Wrócili z anglii z pracy. Więc gadamy po angielsku.
Umią nawet kilka podstawowych polskich zwrotów bo pracowali z polakami...
Ty
hu** Siier**** Odp**** etc ;-)
Trasa: Jeleśnia - Słowacja - Dolny
Kubin - Zvolen - Komarno - Węgry - Kisiber - Papa - E66 - ?.
436 km
Od domu: 436 km.