Dzień 23.
Poranne zadymienie niemieckich lasów:
Czechy bliziutko. Widać już je na mapie. Jadę na chama!
Regensburg. Znów autostrada. Dobrze że kilka kilometrów.
Opona przednia ma dość. Zząbkowana we świat:
Droga 16a. Ekspresówka krajobrazowa. Niby niemcy mają bardzo dobre oznakowanie. Mimo to jakoś zbłądziłem. Zamiast trafić na granice w Ceskiej Kubicy wyjechałem na innym przejściu granicznym - Vseruby.
Jeszcze pamiąkowa fotka niemieckiego mostu. Dużo mostów ma informacje dla wojska. Pewnie z czasów blitzkreigu.
Niemieckie Sielankowe asfalty:
Kilka zakrętów. I:
C z e c h y
Jak mi wesoło. Jak czytam mijane wioski czeskie. Swojsko brzmiące. I te socjalistyczne skody. Wesoło! W Czechach jadę na światłach. Ładowania brakuje tylko na wolnych obrotach. Cezet idzie słabo. Przydał by się ostatni postój serwisowy i skorygowanie przerywaczy. Więc na stacji paliw tankuje do pełna po czym rozkładam klamoty do regulacji.
Na stacji paliw lachony myją szyby w autach. A w motocyklu? Nie dała rady
zetrzeć tysięcy plam po muchach ;-)
Kilometry w czechach lecą. Mało przerw. Dużo jazdy. Dojadę na noc do domu. Do Polski nie ma daleko... Raptem kilkaset kilometrów... Od muld przestawia się obrotomierz. Zawiesza się poza skalą ;-)
Jednak coś jest nie tak z tym ładowaniem. Jadąc na światłach motocykl przerywa. Brakuje prądu. dobra. Bez świateł też się da jeździć. Najwyżej będę się tłumaczył policji.
Drogi. 22. 4. 29. 19. 34. 150. JEB!
Awaria nr 6.
Na wiosce w zakręcie spadł łańcuch. Stawiam motocykl. I idę do domów pytać o klucz 22. Od razu się znajduje ;-) Dobrze że nie spadł na pustkowiu! W czasie zakładania łańcucha zatrzymuje się gość na czoperze. Ale nie potrzebuje pomocy. Miło że sie zatrzymał. Skręcam wszystko. Już czuje że będą problemy. Chmury ciągną za mną. Jakaś zarąbista burza idzie.
Lecę na wschód. Co jakiś czas oglądam się za siebie:
Tam gdzieś za krórymśset zakrętem jest dom:
Gdyby droga prowadziła prosto na wschód. To może bym uciekł przed deszczem. Niestety droga biegła niczmym wąż. Oglądam się za plecy za chmurą. A ona bezczelnie obeszła górę bokiem. I ja się wpakowałem w deszcz. Całe szczęście jest wioska. Szybkie zerkanie za przstankiem autobusowym. Jest! Burza rozpętuje się:
Pompa jakich mało. Na drogach robią się strumienie. Godzina w plecy.
Na wiosce nie widzę kościoła, bo bym o nocleg jakiś zapytał. Przestaje padać. Chmury ciemne wiszą. Ubieram przeciwdeszczowca. I przed siebie. Na światłach. Pytanie kiedy klęknie ładowanie w motocyklu.
To samo zdjęcie z innym ustawieniem aparatu. Fioletowatość. Nigdy nie widziałem takiego nieba.
Za wioską lasy. Na drodze pełno gałęzi i liści. Jak po trąbie powietrznej. Na trzeciem biegu cezet mieli wszystko pod kołami. Na przełęczy zapiera mi dech w piersi. Nigdy nie widziałem takiego Ognia na Niebie. Zdjęcie nie oddaje potęgi obrazu. Całe niebo jest ciemną chmurą. A na zachodzie kawałek błękitnego niebia. Wszystko dookoła jaśnieje czerwonym odcieniem nienaturalnie. Czeski Ocean Ognia. Tak kiedyś będzie wyglądał koniec świata...
Akumulator pada przed Boskowicami. Ładowanie jest tylko powyżej 3000obr/min. Godzina 10ta w nocy. A ludzi kupa na mieście. Wszyscy się gapią na mega kauże. Samochody się boją przejechać. Cezet? Idzie rasowo. Dwie fonntany wody lecą na boki. Przez miasto jadę bez świateł. Bo ładowania brak. Jest motel. Ale jakiś porąbany. Nie przyjmują w nocy gości! Meldować można się tylko za dnia!
Wracam do centrum miasta. Gaszę sprzęta. Siedzę na maszynie. Zziębniety. Śpiący. Szczęśliwy.
Bez świateł nie ma co jechać w nocy. Nocleg? Pytam kilku osób o jakiś garaż na noc. Lipa. Kościół? Budzić ludzi po nocach???
Człowiek tyle jest wart ile może się sprawdzić w ekstremalnej sytacji. Plan?
Opcja A. Naprawić ładowanie. Opcja B. Czekać do 5tej rano aż wyjdzie słońce. Więc? Po co czekać do rana jak można spróbować naprawić ładowanie.
Paliwo. Zapłon. Motocykl odpala. Czerwona lampka ładowania jaśnieje. Bez świateł jadę na pobliską stacje paliw. Tam jest światło. Dobre miejsce na naprawę.
Pierwsze gorąca czekolada z ekspresu. Dwa. Wyciągamy narzędzia:
Awaria nr 7.
Diagnostyka. Alternator podaje 9V zamiast 14v. Włączenie lamp powoduje
kompletny zanik prądu.
1. Wymieniam regulator i prostownik.
Mam je w zapasie. Dalej to samo.
2. Ocena stojana alternatora. Trzy
wtyczki stopione. Końcówki przepalone.
Na stację paliw docierają dwa bojowe wozy straży pożarnej. Goście uwaleni. Chyba usuwali jakieś drzewa. Nie mają zbędnych terminali do kabli.
3. Nowe końcówki? Ucinam zbędne kable
od podświetlenia zegarów. Są.
4. Wprawiam nowe wtyczki. Zapłon.
Lipa. Dalej braki prądu.
5. Montuję zapasowy alternator ze
stojanem. Dobrze że go mam!
6. Ustawianie na nowo zapłonu do
nowego stojanu. Zmęczenie wychodzi. A to precyzyjna robota.
Nawija się podpity czech. Brakło chyba alkoholu w nocy więc zaopatruje się na stacji. Gadamy chwilkę. Gość patrzy z politowaniem. Jego słowa pozytywnie mnie nastawiają: "trzeba być silnym!" i zacsika pięść w górze.
7. Teraz musi lecieć! Musi!
Lipa. Dalej brak prądu. Na innym alternatorze! Co jest???? Załamka. Zostawiam wszystko i idę na kolejną gorącą czekoladę. 2ga w nocy!!!
Niby źle. Ale jest zarąbiście. Coś się dzieje. Mega Awaria. I to tak blisko od domu!
8. Sprawdzam kabel po kablu. Dociskam wszytsko. Paliwo. Ssanie. Przekop. Ogień!
Silnik zagaduje. Czerwona kontrolka gaśnie. Ładowanie na mierniku cudne 14V. Włączone światła. Ładowanie dalej cudne. Ruszam kablami i motocyklem. Czy aby na jakiejś dziurze się coś nie odłączy???
Gościowi ze stacji dziękuję za miłe przyjęcie. Zbieram graty. Lecimy dalej. Jak padnie prąd. To będę czekać na poboczu do rana.
I znów na drogę. Zero problemów z prądem. Zero ruchu. Cudowna ciemność.
Cudowna wolność:
Prostejov. Prerov. Mieściny lecą pomału. Wioski ciemne, bo brak prądu po burzy. W końcu dwupasmówka E-462. I wschód słońca:
Z każdym metrem bliżej. Z każdym metrem bliżej Polski. W końcu obwodnica
Czeskiego Cieszyna....
P o l s k a
S1. Cieszyn - Bielsko Biała. Tu już każda dziura znana w drodze. Kilometry lecą miło. 80km/h Cezet gna. A Bielsko? Nic się nie zmieniło:
Stacja BP i gorąca zapiekanka z rana. Prawa dłoń jest sparaliżowana od trzymania gazu ;-)
Ostatnia Fota Bohatera (przypis: zarośniętego):
Do domu 25 kilometrów. Jak zwykle. Na trzech Żywieckich rondach jadę dookoła. Symboliczny gest zwycięstwa. Maroko? Cezetą? Da się?
Ostatnia fota. Wjazd do podwórza. Z wypraw wrazałem zawsze po południu lub wieczorem. Ale nigdy nad ranem.
Koniec. W końcu można iść spać... Tylko zakotwiczyć maszynę w garażu...
Trasa: ? - Regensburg - Cham -
Strakonice - Tabor - Humpolec - Boskovice - Prerov - Cieszyn - Żywiec -
Jeleśnia
783km.
Ogółem 8377 km
Epilog:
Jak było? Jak zwykle. Cudnie ;-) 24
dni. Kasa? Około 2700 pln.
372 litry paliwa.
Czyli 4,4 litra paliwa na 100km.
Wspomnienia? Bezcenne. Z alpejskich
widoków... Z hiszpańskich dróg...
To jeszcze kilka fotek?
Dziura po zgubionej kontrolce:
Syf z drogi:
Zasyfiony gaźnik. Nie było z nim problemów wogóle:
Widok na kokpit. Zawieszony wskaźnik obrotomierza.
Koniec. Koniec Mili Ludzie. Toast!
Toast za kilometry!