Dzień 9.

            Da się spać na austraiackich parkingach autostradowych. W nocy obudzili mnie jacyś ludzie. Bo przyjechali i głośno gadali na parkingu. Młodzież albo dzieciarnia.

            Poranek. W nocy było ciemno, czarno i pusto. W dzień bym się w takim miejscu nie rozbił namiotem ;-)

            Poranne śniadanie. W tym czasie namiot się suszy.

            Ale mina!

            Silnik zagaduje na jeden cylinder od wilgoci. Ale po chwili budzi się drugi ;-)

            Lecimy dalej autostradą.

            Co jakiś czas przerwa. W Austrii czuć już jesień. Drzewa tracą liście.

            Bohater znaczy narrator główny:

            Zimno. Ale nie pada. Kilometry się ciągną na tej autostradzie...

            Plan?
            Jakoś z Wiednia na Bratysławę.

            Autostrada jak autostrada. Nudno.

            Nudno. Do okolic 30stego kilometra przed Wiedniem.

            Bo do trudów możemy się przygotować. Ale do nieprzewidywalnego nie.

            Nic nie zapowiadało tragdei. Nic nie zapowiadało że nie dojadę do Wiednia. Lekkie chmury na niebie. Lekkki wiaterek.

            Prawie 90km/h na zegarach.

            Nie było żadnego "JEB". Nie było żadnego "CYK". Nie było utraty mocy.

            Szczerze? Nie wiem co było? Napewno wulgaryzm!

            Można się bać.

            Motocykl powoli zmienia pas ruchu. Kontra ciałem. Jak na Ocenie. Odchylamy się od pionu. "OSZ K^*(&^!"

            Zawał serca!

            Szybkie włączanie kierunkowskazu i kontra przeciw bocznemu wiatrowi. Nie, nie wiatrowi tylko wicherowi!

            Stoję na poboczu i się aż trzęsę. Silnik pyrka. Wicher targa drzewami obok autostrady. Wiart wieje dokładnie od boku. Najgorsze co może być. Nie wieje jednostajnie tylko falami.

            No i co robić? Przecie nie wolno parkować na autostradzie! Dobra. Lecimy dalej. Pierwszy, drugi bieg. Jadę pasem awaryjnym. Motocyklem wiatr rzuca na boki. Po kilkuset metrach znów się zatrzymuje. Nie da się jechać. Siła bocznego wiatru jest gigantyczna. Z trudem utrzymuje motocykl w pionie na postoju. W oddali widać wiatromierz na autostradzie. Taka flaga na maszcie. Flaga oczywiście w poziomie.

            Całe szczęście w oddali widzę stację paliw. Może 1-2km autostrady. Więc ponownie drugi bieg i jadę pasem awaryjnym. Motocyklem szarpie na boki. Lepiej walnąć w barierkę niż wylecieć pod samochody jadące autostradą...

            Dotaczam się na stację paliw. Przerwa. Wicher nie słabnie. Chmury po niebe zapier***. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Jazda autostradą nie ma najmniejszego sensu. Nie, jeżeli wiart wieje od boku. Wyciągam z trudem mapę. Do zjazdu z autostrady mam 1km. A poźniej bocznymi lokalnym drogami pojadę na wschód w stronę słowacji. Pojadę trochę pod wiart.

            Plan dobry. Uciekam więc z autostrady. Albo raczej zwlekam się. Udało się. Na lokalnych drogach można sobie pomału jechać. W terenach zabudowanych wicher nie będzie przeszkadzać.
            Rondo... Łagdny zakręt... Zawiewa wicher... Kontra przyszła zapóźno. Motocykl sam skręca w stronę szutrowego pobocza i plastikowego słupka. Co za jazda??? Co to jest??? Nie mam wstecznego biegu. Wyszarpuje motocykl z pobocza....

            Wiart nie słabnie. Ale jadę "pod wiart". Kilometry pomału lecą. Wioski i mieściny. Byle w stronę Bratysławy.

            Niebo zaciąga się chmurami. Zaczyna atakować zimność. Na postoju wyszukuje cieplejszych ubrań w bagażu...

            Gdzieś tam za horyzontem czeka Słowacja.

            Kilka kilometrów przed granicą zaczyna kropić deszczyk. Lipnie. Ale w końcu wrzesień!
 
 

S ł o w a c j a





            Słowacja. Szaro i buro. Lokalna droga od granicy wiedzie prosto do autostrady. Plan. Jak jest zimno, to nie ma planów. Autostrada wiedzie przez tereny miejskie. Z lewej jest jakieś wielkie centrum handlowe.

            Centrum handlowe jest duże. Ale mają lipny parking. Całe szczęście moto można zaparkować wszędzie ;-) W  Centrum handlowym jest ciepło. jest MCdonald z ciepłą herbatą. Przy frytkach studiujemy mapę. Jest późne popołudnie. Lipna pogoda. Do domu jakieś 300km z hakiem. W teorii można by zalecieć do domu na wieczór. Autostrada w końcu bezpłatna i prawie pod sam Zwardoń. Prawie ;-)

            Na autostradę. Deszczyk pokropuje. Wiatr??? Autostada biegnie w pewnym momencie wysoko wiaduktami. Porywisty wiart przeszkadza. Jest słabszy niż w austrii. Ale jazda nie jest pewna. Wiatr nosi mnie po całym pasie ruchu. Lipa. To nie jest jazda. To jest męczarnia. Przecie ten porywisty wiart może mnie zepchnąć albo do rowu albo na dalszy pas...

            Na parkingu zaciągam przeciwdeszczowe ubranie. Deszczu coraz więcej. Decyzja podjęta. Dojechać do najbliższego zjazdu. I pojedziem drogą lokalną 61. Biegnie cały czas niepodal autostrady. Mniejszy ruch. Wioski. W teorii mniej porywistych wiatrów...

            Na drodze 61 od razu lepiej. Luz psychologiczny. Pogoda się pogarsza. Deszczyk zamienia się w deszcz. Motocykl jedzie w strugach deszczu. Całe szczęście, że na końcu drogi czeka dom. Suche łóżko. Grzane manetki robią swoje. Ciepłość. Nic nie przemaka. Pomału kilometry lecą...

            Zapadają Ciemności. Mijam słowackie wioski i mieściny. Piestany. Na stacji paliw tankuję do pełna. Wiart ustał. Najwyższy czas wrócić na autostradę. Na Stracji Paliw zagadują mnie sprzedawcy. W taką pogodę. Na motocyklu???
            Pod spodnie podpinam podpinke. Wełniana kamizelka pod kurtkę. Przeciwdeszczowce. Neil Amstrong i jego kombinezon może się kryć ;-) Ruchy astronauty. Siadamy na motocykl. Zapodajemy muzyke w kask. I przed siebie. W deszcz. W ciemnice... W autostradę!

            Autostrada... Trójka... Czwórka... Piątka... Lecimy. 80km/h można lecieć. Nabijamy kilometry. W deszczu. Za samochodami "mgiełka" wody z jezdni. Tylko czerwone światełka w oddali...

            Przerwa na stacji paliw. Gdzieś w okolicy Tręczyna.

            Autostrada ponoć kończy się gdzieś przed Ziliną.

            Bynajmniej. Gdzieś przy Banskiej Bystrzycy autostrada biegnie bajeranckim mostem. Świeci na zielono. Kosmos w połączeniu z motocyklem nocą. Z muzyką silnika i muzyką w słuchawkach. Kosmos.

            Autostrada kończy się przed Ziliną. Plac budowy. Wąsko. Mokro. Zimno i deszczowo. Ale okolica znana. Wylotówka w stronę Zwardonia i Czeskiego Cieszyna. Ostatni postój na stacji paliw. Za ostatnie drobne euro wypijam gorącą czekolade z ekspresu. Słowacja śpi. Co jakiś czas przemknie tir na tranzytowej drodze. Wzbudzając tony wody.

            Jakieś 60-70km do domu. Znajome ostatnie kilometry. Tunel w Czadcy... Kilka kilometrów dalej odbicie na doogę w stronę Zwardonia... Słowackie Wioski Śpią... Polska czeka za zakrętami...
 
 

P o l s k a




            W Polsce wita mnie znajoma ekspresowa droga S69. Asfalt równy jak stół. Deszcz ustaje. Wymęczony robię ostatnią przerwe na przystanku PKS przed Ciściem. Trzeba być powalonym aby jeździć w taką pogodę. Ale są ludzie. Są ludzie którzy to lubią. Którzy potrafią się ciepło ubrać. I w tym trwać. I widzieć w tym pasje

            Z uśmiechem na ustach. Ostatni raz palę maszynę. Światła. Pierwszy bieg. Do domu 30km... Rzym zdobyty. Panie Boże Daliśmy Radę...
 

Trasa: ? - E55 -E66 - E59 - 60 - Bratysława - 61 - Zilina - Zwardoń - Jeleśnia
611 km.
Total: 3125  km.
 
 

>> Dzień 8         >> Powrót


Epilog:

            Z każdej podróży coś się wynosi. Z Rzymu można wynieść... naukę jazdy. Ciepły nieprzemakalny ubiór we wrześniu to podstawa. Zdrowie ma się jedno. Grzane manetki w zimnicy stają się poezją. Transalp spalił średnio 4,1l/100km przy emeryckiej jeździe. Toast. Toast za Tych co wychodzą z domów! Toast za Tych. Co obierają drogę Przygody.